Aktualności → Brawurowy pościg w środku miasta. Brawo Seba!
Te wydarzenia rozegrały się dziś około siedemnastej. Aneta Piotrowska prowadzi kiosk niemal naprzeciw zebry, na której doszło do wypadku, a właściwie dokładnie naprzeciw miejsca, gdzie spadł z maski wózek.
- Sama mam trójkę dzieci, dlatego szczególnie mnie to poruszyło. Wie pan coś o tym małym? Żyje? – pyta.
Na wiadomość, że dzieciom nic nie jest, wyraźnie się uspokaja. Mówi, że na tym przejściu co chwilę dochodzi do potrąceń i że sama woli przejść kawałek dalej, łamiąc przepisy, ale jest bezpieczniej.
- Ta kobieta była gdzieś w połowie przejścia. Jednego chłopca prowadziła za rękę, drugie dziecko pchała przed sobą w wózku. I wtedy ten samochód wjechał w nich. Tego starszego chłopca tylko drasnął. Wózek wiózł na masce, aż tutaj mu spadł – wskazuje ręką. – Chwilę później przejeżdżała granatowa mazda. Zatrzymała się. Wysiadł mężczyzna, miał stetoskop – pewnie był lekarzem. To on wyjął tego dzieciaczka z wózeczka i położył na trawie. Karetki były za moment. Bardzo szybko.
Kobieta spacerująca z dziećmi nie była ich mamą. To opiekunka. Na tyle rozsądna, że zapięła dziecko, które wiozła w spacerówce, pasami, żeby nie wypadło.
- Być może dzięki temu obrażenia nie są aż tak wielkie – mówi Mirosława Rudzińska z biura prasowego KWP. – Dziecko przewieziono do szpitala przy Unii Lubelskiej. Ma obrażenia głowy, ale jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
Drugi chłopiec mniej ucierpiał.
- Przez chwilę leżał na pasach, ale wstał o własnych siłach i przyszedł do wózka – przypomina sobie Aneta Piotrowska.
Wypadek obserwował jadący motocyklem Sebastian Wołosz, pracownik zakładu fotograficznego na Duńskiej. Gdy zobaczył, że samochód się nie zatrzymuje, ruszył za nim.
- Makabrycznie to wyglądało, centralnie przejechał wózek. Chciałem go zatrzymać od razu, ale się nie udało. Zacząłem go gonić po mieście. Przejechałem dobre kilka kilometrów – opowiada. Momentami 120 na godzinę.
Po drodze kilka razy Sebastian próbował wyprzedzić uciekające auto i zajechać mu drogę.
- Ten wówczas odbijał w lewo, spychając mnie z jezdni. Kilka razy uderzył w motor. Zjeżdżałem na przeciwległy pas, zwalniałem i dalej go goniłem – opowiada.
Mazda z rozbitymi światłami i pokiereszowanym przodem wjechała w wąskie uliczki Bolinka. Przez Cyryla i Metodego, św. Marcina dojechała do Rynkowej. Tam pirat zatrzymał się, wyskoczył z auta i zaczął uciekać. Sebastian rzucił motocykl i z ważącym kilkanaście kilogramów plecakiem, w kasku na głowie ruszył za nim. Dopadł go między garażami a skarpą.
- Pomógł mi jakiś mężczyzna. Powaliliśmy go na ziemię. Krzyczał „ja nic nie zrobiłem, nikogo nie potrąciłem, przepraszam, przepraszam” – wspomina Sebastian.
Ktoś zadzwonił na policję. Nawet nie wiadomo kto.
- Jak go ścigałem, cały czas trąbiłem i wołałem, by ludzie zadzwonili na policję – mówi Wołosz.
Policjanci przyjechali parę minut po tym jak Sebastian dopadł sprawcę. Mężczyzna. 35 lat. Badanie alkomatem wykazało u kierowcy mazdy 1,5 promila alkoholu.
Wieści między ludźmi rozchodziły się momentalnie. Nawet kilka kilometrów od miejsca wypadku. Gdyby nie policjanci, przypadkowi przychodnie zlinczowaliby sprawcę. Jakiś mężczyzna chciał otworzyć drzwi radiowozu i wyciągnąć go ze środka: – Zabiję skur… Taki sam kilka lat temu zabił mi na drodze 12-letnią córkę i żonę! – krzyczał.
A na miejscu wypadku już krążyły plotki o zdarzeniu w kilku wersjach. – Panie, jakiś facet na motorze wjechał w wózek – mówił starszy mężczyzna. Przytaknęła mu obok kobieta.
Gdy się dowiadują, jak było naprawdę, zawstydzeni przepraszają.
Czemu go tak długo goniłeś, a potem jeszcze biegłeś za nim? – pytam Sebastiana.
- Nie wiem, skąd miałem siły i odwagę. Adrenalina – stwierdza.
Źródło: Gazeta Wyborcza Szczecin