POMAGAMY: Zginął pod kołami radiowozu. Matka walczy o prawdę o śmierci syna

Jechali w piątkę: pierwszy Szymon z Michałem, za nim Radek z Maćkiem, na końcu Kamil. Wszyscy chodzili do III klasy gimnazjum. Następnego dnia mieli mieć bierzmowanie. – Tego dnia prosto po lekcjach pojechali do kościoła, była spowiedź, potem jeszcze rekolekcje – opowiada Grażyna Bielec, matka Radka. – Było dość późno, ale zawsze czekałam na powrót syna. Słyszałam, jak przejeżdżali obok domu, Radek mi pomachał. Ucieszyłam się, że pewnie zrobi sobie z kolegami jedną rundkę i zaraz wróci.

Jeździł bezpiecznie

– Tak się z niego cieszył, nie mógł się doczekać, aż się zrobi ciepło – wspomina G. Bielec. – Jeździł codziennie do szkoły, zabierał też siostrę. Wiedziałam, że jeździ bezpiecznie. Inaczej bym na to nie pozwoliła.

Tego wieczoru nastolatkowie umówili się, że wstąpią na hot dogi, przejadą się przez centrum miasta i wrócą. Na skrzyżowaniu Radka i Kamila zatrzymało czerwone światło. Gdy ruszyli, wyprzedził ich, jeszcze na podwójnej ciągłej, VW golf. Zauważyli to funkcjonariusze z zaparkowanego w pobliżu radiowozu. Włączyli sygnały świetlne i pojechali za golfem. Radek chciał skręcić w lewo, na parking przy hali sportowej. Włączył kierunkowskaz i zjechał do osi jezdni. W tym czasie policyjny fiat ducato (w ocenie biegłych jego prędkość wynosiła co najmniej 70 km/h) wyprzedzał go lewym pasem. Skręcający motorower uderzył w bok samochodu. Siła zderzenia odrzuciła go ponad 20 m dalej. Radek upadł głową na jezdnię.

– Policjanci nawet mnie nie powiadomili o wypadku – mówi Grażyna Bielec.

To mama kolegi Radka zadzwoniła do niej, żeby przyjechała do szpitala. Widziała zablokowaną ulicę, słyszała syreny.

– Przeczuwałam, że stało się coś poważnego – wspomina Grażyna Bielec. – Miałam nadzieję, że syna da się uratować, ale gdy dotarłam do szpitala, już nie żył. Nie miałam nawet szansy zdecydować o oddaniu jego narządów do transplantacji. Choć miał dopiero 16 lat, mogłam liczyć na jego wsparcie. Mówił: „Mamo, ty się nie martw, ja się tym zajmę”. Bardzo chciałam zobaczyć go w dorosłym życiu. To niemożliwe, ale byłoby mi lżej, gdybym wiedziała, że mała cząstka mojego Radka żyje w innym człowieku.

„Stałam się wrogiem”

– Przez te 3 lata nikt nie podszedł, nie powiedział, że mu przykro. Na drugi dzień po śmierci syna przynieśli mi jego dokumenty. Nic nie powiedzieli, tylko kazali pokwitować. Lokalne media pisały, że policja udzieliła mi wsparcia psychologicznego. Nic takiego nie było. Przeciwnie, stałam się wrogiem, bo nie chciałam przyjąć, że to moje dziecko spowodowało wypadek – wyznaje.

Śledztwo zostało umorzone, bo prokuratura nie dopatrzyła się znamion przestępstwa w postępowaniu kierowcy policyjnego auta. Wprawdzie radiowóz ścigający vw golfa nie był pojazdem uprzywilejowanym (kierowca nie włączył sygnału dźwiękowego, a jedynie świetlny) i – tym samym – złamał zakaz wyprzedzania, ale można mu przypisać jedynie wykroczenie drogowe. Kierowcy ducato nie można obciążać winą za spowodowanie wypadku, bo nic nie wskazywało na to, że któryś z motorowerzystów skręci w lewo.

Błysnęli kogutem

– Radek dojechał do osi jezdni, zasygnalizował, że będzie skręcał. Radiowóz nadjechał szybko. Radek miał na głowie ciężki kask, trudno było się mu obejrzeć do tyłu. Skąd moje dziecko mogło przypuszczać, że w tym miejscu policja będzie chciała go wyprzedzać? – matka dziwi się, że policjanci zachowali się tak beztrosko. – Przecież widzieli, że to jadą dzieciaki, które nie mają doświadczenia na drodze. Powinni przewidzieć, że mogą różnie się zachować. Nawet to, że jak im błysną kogutem z tyłu, to się przestraszą.

Sąd nie uwzględnił jej zażalenia. Kilka dni później dostała pismo, że policja domaga się odszkodowania za zniszczony radiowóz. Dorota Krzywdzik, rzeczniczka ustrzyckiej komendy, tłumaczy, że to standardowe procedury w przypadku uszkodzenia pojazdu.

– Po prawomocnym zakończeniu postępowania wystąpiliśmy do firmy, w której ubezpieczony był motorower, o likwidację szkody z polisy OC – mówi.

Grzywna dla szefa Komendy Głównej. Policja zapłaciła 5 tys. kary, bo ich prawnicy „źle zrozumieli” pismo

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie nałożył na komendanta grzywnę za to, jak obszedł się z pewną skargą. Zamiast odpowiedzieć na nią i odesłać, policja zachowała się tak, jakby skargi w ogóle nie było. Jak ustaliło TOK FM, w październiku grzywna została zapłacona. Z budżetu policji.
Cała sprawa zaczęła się 1 kwietnia 2011 r. od zatrzymania pewnego kierowcy przez policjantów z Bydgoszczy. Zrobili kierowcy badanie na narkotyki, wynik był pozytywny. Dziś wiadomo, że urządzenie musiało się pomylić. Mężczyzna zrobił badania krwi, z których wynika, że nie był pod wpływem narkotyków i niesłusznie zatrzymano mu prawo jazdy.

Narkotest? Nie mamy takiego modelu

Stowarzyszenie „Duae rotae”, które działa w imieniu kierowcy, w sierpniu ub.r. wystąpiło do policji o wszelkie dane dotyczące narkotestu, którego użyli policjanci. Prosili (na drodze dostępu do informacji publicznej) o skany dokumentacji urządzenia, które było na wyposażeniu Komendy Miejskiej w Bydgoszczy. Policja, choć jest do tego zobowiązana, dokumentów nie przekazała.

We wrześniu 2011 r. komenda poinformowała, że odnalazła akta przetargu. Ale wynika z nich, że narkotestu, na który wskazało stowarzyszenie, w ogóle nie kupiono (bo wybrano inną ofertę).

Stowarzyszenie nie odpuszczało. „Twierdzenie to nie polega na prawdzie, ponieważ 1 kwietnia 2011 roku policjanci z KP Bydgoszcz-Fordon urządzeniem pomiarowym – tu pada jego nazwa i numer seryjny – wykonali błędne badanie, co doprowadziło do zatrzymania prawa jazdy kierowcy” – pisze stowarzyszenie. Uznało przy tym, że policja, nie udostępniając dokumentacji urządzenia, dopuściła się „bezczynności” – to zapis z przepisów prawa – i dlatego poszło do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie ze skargą na bezczynność komendanta głównego.

Skarga jest, ale komenda na nią nie odpowiada

Stowarzyszenie złożyło skargę bezpośrednio w sądzie, a sąd przesłał ją do Komendy Głównej. – Komendant miał 15 dni, aby wypowiedzieć się ws. skargi i przesłać swoje stanowisko z powrotem do sądu wraz z aktami postępowania. Organ nie wykonał tego obowiązku i stąd ta grzywna – tłumaczy zawiłości sprawy mecenas Paulina Lipińska, która przeanalizowała dla nas akta.

„Mimo upływu prawie siedmiu miesięcy od dnia złożenia skargi, organ nie wykonał ciążącego na nim obowiązku i nie przekazał jej do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Istotne jest również to, że organ – pomimo dwukrotnego wezwania przez Sąd – nie udzielił odpowiedzi na wniosek o wymierzenie grzywny” – czytamy w uzasadnieniu decyzji sądu.

Skąd kara pieniężna? „Chodzi o symbol”

Sąd nie musiał karać komendanta grzywną, bo w przepisach jest jedynie sformułowania, że „może” taką karę nałożyć. – Dzieje się to na wniosek skarżącego – dodaje Lipińska. Prawo określa wysokość ewentualnej grzywny: do 10-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. – W tym wypadku jest to może wysokość symboliczna, ale to jednak pewien symbol, że organ dopuścił się poważnego zaniechania – mówi Lipińska.

Bo prawnicy inaczej zrozumieli

Komendant musiał zapłacić, bo jego prawnicy przyjęli błędną interpretację przepisów.

Pośrednio potwierdza to w rozmowie z nami Krzysztof Hajdas z Komendy Głównej. – Sądziliśmy, że skarga, która została złożona bezpośrednio do sądu (i przez sąd przesłana policji – przyp.red.), nie powoduje wszczęcia postępowania administracyjno-sądowego. Sąd naszego stanowiska nie podzieli, nałożył na komendanta głównego grzywnę – mówi Hajdas.

Przyznaje, że grzywna już została zapłacona, z budżetu policji, bo ukarany został komendant jako „organ”. – Takie sytuacje są jednak wyjątkowe. Mamy bardzo dobrych prawników – przekonuje Hajdas – Ale czasami te różnice w interpretacji przepisów niestety są – podkreśla.

Pisz na Berdyczów?

– Wydawać by się mogło, że w rzeczywistości prosta sprawa, a napotyka na tak skomplikowaną drogę. Moim zdaniem, to przykład skrajnej opieszałości ze strony policji – mówi Maciej Kwiecień ze Stowarzyszenia „Duae rotae”. Przyznaje, że zwlekanie z odpowiedzią na pytanie zadane w drodze informacji publicznej, nie jest zaskakujące. – Niestety, spotykamy się z wieloma sytuacjami, gdzie różne organy władzy publicznej, tak mówiąc najogólniej, są opieszałe w wykonywaniu swoich czynności i powinności – dodaje Kwiecień.

Stowarzyszenie w dalszym ciągu czeka na informacje dotyczące narkotestów: ich producenta i wszelkich danych ze specyfikacji. Ale tą sprawą, merytorycznie, sąd administracyjny jeszcze się nie zajmował.

tokfm.pl